Historia Mojego Porodu

Witajcie! Dzisiaj przychodzę do Was z najprawdopodobniej najważniejszym, najbardziej szczerym i najciekawszym wpisem, jaki kiedykolwiek udało mi się opublikować tutaj na blogu. Jest to historia mojego porodu, czyli kartka z pamiętnika najwspanialszego dnia mojego życia. Dotąd nie wierzyłam, że kiedykolwiek napiszę te słowa, że poród to „najwspanialszy dzień mojego życia”, ale jest to dzień, kiedy na świat przyszedł nasz największy cud, owoc prawdziwej miłości - nasz syn Aleksander. Już teraz wiem, że taką ekscytację jest w stanie zrozumieć tylko matka. Tylko ktoś kto sam to przeżył jest w stanie zrozumieć jak pięknym momentem w życiu jest poród. Uwierzcie mi, bo ja nie wierzyłam, nie czułam tego w ten sam sposób co teraz, zanim urodziłam. W sekundzie, gdy pierwszy raz widzisz swoje dziecko, które nosiłaś pod sercem 9 miesięcy, wszystko się zmienia. Już nic się nie liczy tak jak ono i już nigdy nic nie będzie takie samo. Trzymasz je i wiesz, że jest całym Twoim światem, że zrobisz dla tej malutkiej osóbki wszystko. Jeśli jesteście ciekawi jak wszystko się zaczęło i jak to było naprawdę to zapraszam Was do przeczytania całego wpisu.

Jest noc, godzina 3:25 dnia 17.04.2020. Śpimy sobie spokojnie - ciężarna ja z wielkim brzuchem na prawym boku, zmęczony po wyczerpującym dniu Karsten cichutko pochrapując i nasz Pablo zajmujący jak zwykle największą część łóżka. Nagle mnie ze snu wybudza książkowy objaw rozpoczęcia porodu - odchodzą mi wody. Uwierzcie mi, że wcale się tego nie spodziewałam, pomimo, że byłam na to przygotowana, miałam spakowane od tygodni torby do szpitala, tak w tym konkretnym momencie nie wiedziałam co robić, co myśleć i co czuć. Przepełniało mnie dziwne uczucie podekscytowania i strachu w jednym. Wzięłam prysznic, ubrałam się w pierwsze lepsze rzeczy, w które jeszcze się mieściłam i wyprostowałam włosy (nie pytajcie, nie wiem czemu). Cichutko weszłam do sypialni i obudziłam Karstena słowami: „Miniu, chyba się zaczęło, musimy jechać”. Wiedziałam, że gdy odchodzą wody, nie mam już co zwlekać, trzeba wybrać się do szpitala. Tak też zrobiliśmy. Karsten jeszcze przy drzwiach zrobił mi pamiątkowe ostatnie zdjęcie, na którym jestem z brzuszkiem i pojechaliśmy.

O godz. 4:30 byliśmy już w szpitalu. Podłączono mi ktg i zrobiono wstępny wywiad. O 5:30 byłam już na sali porodowej. Wody nadal odchodziły, ale skurcze nie były zbyt wyczuwalne i nie dawały niestety pożądanych efektów. Podłączono mi zatem kroplówkę z oksytocyną, która miała zwiększyć intensywność skurczy. Korzystałam w tym czasie z dostępnych na sali udogodnień, które miały przyspieszyć postęp porodu i łagodzić narastający ból. W początkowych godzinach miałam w sobie tylko euforii, że byłam jeszcze w stanie myśleć, dzwonić do wszystkich, opowiadać. Zadzwoniłam nawet do mamy, żeby wzięła z mojej lodówki drożdże i upiekła rogale - bo zanim wrócę to przecież drożdże się zepsują (a w dobie koronawirusa wiadomo jakim są cennym towarem). Mama roześmiała się, że jeszcze mam w głowie takie rzeczy.

Godziny mijały, a ból przybierał na intensywności. Skorzystałam chyba ze wszystkich możliwych niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu, ale w pewnym momencie już nic nie działało. W tym właśnie momencie kulminacyjnym pomyślałam nawet, że jeśli to przeżyję to mój synek będzie musiał pogodzić się z tym, że będzie jedynakiem, bo ja już na pewno więcej się na to nie piszę. Poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe, ale okazało się, że niestety nie załapię się na dostępnego anestezjologa, ponieważ było tyle innych rodzących, że był zajęty innymi, a mój etap porodu już powoli uniemożliwiał przyjęcie znieczulenia. Wtedy właśnie rozwarcie było już odpowiednie i zaczęły się bóle parte. Moja ekipa porodowa (przemiły zespół fantastycznych położnych i lekarzy z UCK w Gdańsku) stanął na wysokości zadania i pomogli mi doprowadzić poród do końca. W ten sposób o godz. 15:35 na świecie pojawił się nasz syn. Świat nagle się zatrzymał i nic już mnie nie interesowało, zapomniałam o bólu, który przed chwilą doprowadzał mnie do granic wytrzymałości. Położono mi go na brzuchu i nie wiem już ile wtedy wylałam łez szczęścia.

Nasz Olek ważył 3740 g i mierzył 54 cm, otrzymał 10/10 w Skali Apgar. Pierwsze godziny po porodzie mieliśmy czas na zapoznanie się ze sobą, chociaż tak naprawdę znaliśmy się już doskonale. Dotąd byliśmy jednym ciałem, teraz przyszedł czas, by nauczyć się żyć ze sobą razem, chodź oddzielnie. Najbardziej ubolewałam nad tym, że przez sytuację związaną z pandemią, porody rodzinne zostały zawieszone, również odwiedziny, więc Karsten nie mógł być z nami w tej pięknej chwili. Nie mniej jednak ogromny ukłon w stronę personelu szpitala, w którym rodziłam (Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku), który to stworzył tak miłą, przyjazną atmosferę w trakcie porodu, jak i po nim, że niemal nie odczułam braku bliskich mi osób. Panuje tam niezwykle (jak na szpital) ciepła, wręcz rodzinna atmosfera. Panie Położne o wysokim stopniu profesjonalizmu, ale także z bardzo ludzkim, przyjaznym podejściem do pacjentów, bardzo pomocne. Muszę przyznać, że dzięki temu bardzo dobrze wspominam swój poród i pobyt w szpitalu.

Powyżej umieściłam kilka zdjęć Kliniki Położnictwa UCK, w której miałam przyjemność urodzić i przebywać po porodzie. Sale porodowe są pojedyncze, zamknięte. Wyposażone w szereg różnych udogodnień, w łazienkę z prysznicem. Sale po porodzie są dwuosobowe, jednak każdy ma swoją prywatność, ponieważ przestrzeń pomiędzy łóżkami można oddzielić kotarami. Każdy pokój wyposażony jest w przewijak i wanienkę, co bardzo ułatwiało codzienną pielęgnację maluszków. Do tego każdy pokój zawierał także łazienkę, co nie zdarza się we wszystkich szpitalach, a uważam, że również znacznie poprawia komfort pobytu w szpitalu. Ja trafiłam na niezwykle sympatyczną współlokatorkę na sali, więc tym bardziej dobrze spędziłam czas po porodzie, w miłym towarzystwie. Chętnie obie pomagałyśmy sobie nawzajem z dzieciaczkami i miło spędzałyśmy czas na rozmowie. Dzięki temu czas do wypisu szybciej płynął. Gdyby ktoś zastanawiał się nad porodem w tej klinice to serdecznie zapraszam do zadawania pytań. Chętnie na nie odpowiem i rozwieję Wasze wątpliwości. Ja uważam, że podjęłam słuszną decyzję o wyborze miejsca do porodu i zdecydowanie przy kolejnej ciąży również tam będę chciała urodzić. Nie chodzi mi tu tylko o panujące tam dobre warunki, ale także o zespół medyczny, który dostępny jest na miejscu, możliwość skorzystania z porad, dostępność wszelkich badań noworodka.

Nasz powrót ze szpitala do domu był bardzo wzruszającym momentem. Nie ukrywam, że płakałam jak dziecko. Karsten przygotował dla nas cudowne powitanie. Balony i przepiękne tulipany wzruszyły mnie niesamowicie.
Dzisiaj jest już 26 maja 2020, czyli mój pierwszy w życiu Dzień Matki jako Matka. Nasz synek ma już ponad miesiąc i tydzień. Jestem wdzięczna za to, że mogę być jego mamą. To najpiękniejsza rola, jaką do tej pory powierzyło mi życie. Wszystkim Mamom, a w szczególności mojej Mamie składam serdecznie życzenia! Dużo zdrowia i samych pięknych chwil!

Polubienia

Komentarze

Lidia Jacobs
Lidia Jacobs,
Co to za przepiękne przywitanie po powrocie!! Myślę, że byłoby to marzenie każdej młodej mamy.
litfashion.pl/
IP: 82.99.3.229